| A w Zoo jak to w Zoo - Dzień z życia Wolontariusza |
|
Zgodnie z rozpoczętą przez siebie rok temu tradycją pożegnał Mamę słowami – Kocham Cię! Miłego czekania na mnie!. I zamiast zjechać windą, zbiegł czym prędzej schodami na dół. Jeśli komuś się wydaje, że mężczyźni z natury są dżentelmenami, niech porzuci swą naiwność. Na dole czekały na mnie zamknięte drzwi i trzymający je z wielkim wysiłkiem od drugiej strony Młody. Przy przejściu przez ulicę grzecznie chwycił mnie za rękę. Ach, mój mały sukces! Zwątpiłam jednak w swój autorytet i umiejętności nadzorujące, gdy nagle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Ciągle zadziwia mnie wrodzona umiejętność dzieci do poruszania się z prędkością dźwięku i psocenia z prędkością światła. Młody, podczas półminutowego procesu montowania fotelika w samochodzie, zdążył zainteresować się kolorową butelką, znudzić się nią i demonstracyjnie rozbić na środku ulicy… Z miną Shrekowego kota wsiadł do samochodu i bez przypominania zapiął pasy. I jak tu się złościć? W drodze do Zoo Młody robił za GPSa. Sygnalizacja świetlna również nie ma dla niego tajemnic… Nie wspomnę już o zupełnie nowym, świeżym i skrajnie pirackim spojrzeniu Młodego na zasady ruchu drogowego. Po dojechaniu na miejsce i okiełznaniu ekscytacji, jaką wzbudziły plastikowe dinozaury i wszelkiego rodzaju balony, wkroczyliśmy wreszcie na teren Zoo. Jako, że żadne z nas nie posiadło trudnej sztuki czytania map, kilka zakątków Zoo ciągle jest dla nas nieodkrytym lądem. Za pan brat jesteśmy za to z autkiem pożerającym monety, papugą – balonem i skrzeczącym mini tyranozaurem na baterie. Zaraz po wyjściu z Zoo mój ambitny plan pójścia na spacer do parku postanowił spełznąć na niczym i odejść w zapomnienie. A droga do domu upłynęła pod znakiem spania i ze spaniem walczenia. GPS siadł, a Panna Kasio prawie razem z nim…. Po dniu pełnym wrażeń nie myśleliśmy nawet o pieszym wejściu na drugie piętro. Pożegnałam się z Młodym i jego Mamą, a wychodząc słyszałam, jak Młody przedstawia Mamie własną wersję zdarzeń z naszej wyprawy rozpoczynając jak zwykle od słów: Wiesz, byłem naprawdę baaaaardzo grzeczny… Kasia Krawczyk, Wolontariuszka Młodego - tekst pochodzi z kwartalnika Cztery Pory Roku, LATO GAJUSZA, nr 1/2009.
|
| czwartek, 10 czerwca 2010 08:57 |
| Zmieniony: czwartek, 10 czerwca 2010 09:15 |






Przyszłam po Młodego koło 14, jak zwykle nieco spóźniona. Ale nic to, ten i tak dopiero zaczynał MYŚLEĆ o rozpoczęciu obiadu. Niesamowite, jak rozmowne i wyjątkowo ciekawe świata stają się dzieci, gdy przychodzi do jedzenia. Gdyby wiedział, co to teoria względności, zapewne i ten temat by poruszył. Po małych negocjacjach udało się jednak sprawić, że Młody wreszcie zjadł wszystko, co miał zjeść i nawet popił wszystkim, czym popić miał.



