strona główna / dla potrzebujących / Historia Mieszka

HISTORIA MIESZKA

Miałam piękny sen – trwał 40 tygodni i 4 dni. Chcę go zapamiętać jak najlepiej, w jak najmniejszych, najliczniejszych szczegółach. Mój sen, moje marzenie, mój najdroższy syn dziś jest w niebie i na mnie spogląda, opiekuje się mną ten „mój mały rodzinny święty”. Obdarzył nas czymś szczególnym, wiarą, że cuda się zdarzają, że miłość zwycięża, a ludzie są dobrzy.


Zanim zaszłam w ciążę z Mieszkiem poroniłam dwa razy. Dlatego wykonaliśmy wszystkie badania, okazało się, że oboje z mężem jesteśmy zdrowi. Jednak nasz 159 gramowy synek nie… Badania jednoznacznie wskazywały na przepuklinę mózgową potyliczną. Wyrok: możliwa wada letalna płodu. Diagnozę potwierdziło dwóch innych lekarzy. Sugerowano usunięcie ciąży. Nie zgodziłam się. Modliłam się, żeby to nie była prawda, żeby to co ja także widziałam na USG zniknęło. Zaproponowano mi wykonanie amniopunkcji. Czekałam na wynik ponad miesiąc. Był maj, piękna wiosna. Na zewnątrz ciepło, słonecznie, a w moim sercu zima – mróz i strach. I modlitwa, żeby wynik był prawidłowy. Pamiętam dokładnie 30 maja, piątek, godzina 13.00 czekaliśmy w poradni na przyjazd kuriera. Spóźniał się. Dłonie zdrętwiały mi ze stresu, ledwo oddychałam. Zawołano mnie do pokoju, odebrałam wyniki. Nikt mi ich nawet nie omówił. Po prostu dostałam żółty papierek do ręki i „radź sobie sama dziewczyno. Długo wczytywałam się w interpretację skomplikowanych wyników. Skąd, dlaczego, jak? W końcu zrozumiałam. Kariotyp mojego dziecka był nieprawidłowy. Wada genetyczna – monosomia 13 chromosomu: 90 % płodów obumiera w pierwszych trzech miesiącach, pozostałe 10 % przeżywa do szóstego może siódmego miesiąca, ok. 0,4 % przychodzi na świat. Najdłużej żyjące dziecko zmarło po 29 dniach. Pomimo bezlitosnych diagnoz delektowałam się każdym dniem, kiedy nosiłam pod sercem tę małą istotkę, każdym ruchem, który odczuwałam. To było najważniejsze. To chcę pamiętać. Opowiem o moim synku. Postanowiłam sobie, że cokolwiek się stanie, bez względu na diagnozy, będę się cieszyć tą ciążą i przeżyję ją jak każda kobieta
oczekująca dziecka, że nie odmówię sobie niczego. I celebrowałam ten czas. Chciałam go jak najlepiej wykorzystać, bo wiedziałam, że im bliżej porodu tym mniej go mam. Uświadomiłam sobie, że data narodzin mojego dziecka może być też datą jego śmierci. Znienawidziłam zegarek i kalendarz. Mój mąż wybrał imię dla synka: Mieszko. To imię zawsze kojarzyło mi się z czymś wyjątkowym, pierwszym, z siłą, z uporem. I tak trwaliśmy razem, uparcie – ja i Mieszko. Jedliśmy winogrona, żeby rósł, ryby, żeby był mądry, orzechy żeby miał silne kości. Byliśmy na dwóch weselach. (…)

Modliłam się, żeby Mieszko urodził się żywy. Chciałam, żeby zobaczyli go dziadkowie i nasze rodzeństwo, żeby został ochrzczony, żeby poczuł miłość jaką go obdarzamy, żeby nas poznał. Nie ma dla mnie gorszej rzeczy od niemożliwości pożegnania się. Przeżyłam to dwa razy. Nie mogłam zobaczyć moich dzieci, nie mogłam się pożegnać, nie dowiedziałam się co się z nimi stało. Tym razem chciałam, żeby Mieszko godnie się urodził i godnie zmarł. Cesarskie cięcie zostało zaplanowane na 25 września. Mieszko przyszedł na świat o 8.50. Z tych emocji i w wyniku znieczulenia pamiętam tylko urywki. Mój mąż, obecny na sali operacyjnej, trzymał mnie za rękę i mówił, co się dzieje. Przez chwilę zobaczyłam jak lekarz podnosi czerwoną istotkę. Mąż powiedział, że już wyjęli Mieszka. Wsłuchiwałam się w ciszę. Przez ten ułamek sekundy, który dla mnie trwał wiecznie, umierałam ze strachu, nie usłyszałam nic, żadnego płaczu. I nagle doszło do moich uszu cichutkie kwilenie. Na chwilę pokazano mi Mieszka. Mąż powiedział, że został ochrzczony. Ja zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. Bałam się. Byłam przerażona, spanikowana. Co teraz? Co się okaże? Ja tutaj leżę z dala od dziecka, nie mogę go zobaczyć, przytulić. Kiedy go zobaczę? Miałam ochotę wstać, biec do niego, obserwować, kontrolować co z nim robią, jak go badają. Znowu czas, znowu mnie gonił. Już nie ma we mnie synka. Teraz musi sobie poradzić sam. Proszę Boże, niech będzie tak silny jak ja, niech da radę. Musze go zobaczyć. Nie wiem ile czasu minęło,
ale w końcu drzwi sali otworzyły się i wjechał inkubator. Położna położyła Mieszka obok mnie. Mały skrzacik, w za dużej czapeczce, ze skarpetkami zaciągniętymi do kolan, taki malutki, owinięty w żółtą flanelkę w żyrafy. Ledwie mogłam go objąć. Poczułam się nagle taka zmęczona, wszystkie złe uczucia zniknęły. Jesteś. Żyjesz. To ja twoja mama. Kocham cię syneczku, bądź dzielny. Tata się tobą zajmie, ale jak tylko poczuję się lepiej znowu się spotkamy. To co się działo pamiętam dzięki zdjęciom, dobrze że był fotograf, inaczej nic bym nie pamiętała z tych emocji. Leżałam na sali pooperacyjnej. Czekałam na wiadomości o synku. Mąż przysyłał smsy, że jest dobrze. Stan był stabilny. Myślałam sobie: jutro rano wstanę, umyję się, zjadę na oddział do Mieszka i będę go obserwować cały dzień. Niestety nie miałam tej możliwości. Kiedy obu- dzili mnie nad ranem, wiedziałam po co. Zdążyłam się pożegnać.

Dziękuję Ci Boże za ten cud. Spełniły się moje modlitwy. Mieszko był ze mną. Poznałam go, a on poznał mnie. Zobaczyła go najbliższa rodzina. Został ochrzczony. Rodzice chrzestni trzymali go na rękach, tulili. Dziadkowie gładzili małe raczki. Ja ucałowałam go i pożegnałam. Jestem dumna, że miałam takiego synka. Nigdy nie dokonałabym innego wyboru. Nie zrezygnowałabym z ciebie syneczku. Kocham cię.

Twoja na zawsze
Mama.


Tato Mieszka
Jeszcze do niedawna uważałem że w moje życie można podzielić na kilka okresów: dzieciństwo – szkoła, później studia i praca. Teraz widzę, że te dotychczasowe rozgraniczenia przestały mieć znaczenie, natomiast jedyną cezurą stało się przyjście na świat mojego synamMieszka i jego krótka, jednodniowa obecność z nami. Nieważne są poszczególne lata. Myśląc o tym co było kiedyś, zauważam, że dodaję sobie w duchu „to było jeszcze przed Mieszkiem”. Teraz zaś dni i miesiące odliczam od nowa, od chwili kiedy Mieszko nas opuścił. Czasem zastanawiałem się jakby to było gdyby wszystko było OK, gdyby wszystko poszło innym torem. Wydawało mi się to takie nierealne, przecież „nasze ciąże” zawsze oznaczały tylko – najpierw nadzieję – później obawy, rozgoryczenie, a na końcu cierpienie i dramat. Czuliśmy się oszukani, skrzywdzeni, tak jakby ktoś nam coś obiecał, dał nadzieję, a później rozmyślił i z tego wycofał. Żona się nie poddawała, stwierdziła że nie chce by dziecko czuło, że mama jest smutna, postanowiła na przekór wynikom badań cieszyć się synkiem. Ja nie potrafiłem się jeszcze wtedy tak przestawić, choć coraz bardziej oswajałem się z faktem, że nasze dziecko ma wadę letalną. Postanowiliśmy wybrać mu imię. Każde z nas wypisało na kartce kilka imion, które nam się podobały. Jedynym zbieżnym okazał się Mieszko, który był moim faworytem. (...)

Moim nowym doświadczeniem były silne kopniaki Mieszka oraz radość, że i ja mogłem je wreszcie poczuć. Ten pierwszy – jeszcze delikatny kopniak uświadomił mi, więcej niż dotychczasowe obrazy z USG i nasłuchiwanie „bąbelków” w brzuchu żony. To co dla matki jest tak oczywiste, dla mnie było do tamtej pory nieco abstrakcyjne i pozostawało w sferze wyobraźni. (…)
Dopiero podczas badań pojąłem, że ten mały dzieciaczek, który mieszka sobie w brzuchu, jest najzwyczajniej w świecie niezadowolony i właśnie chce to pokazać, że zachowuje się jak każde normalne dziecko i nie trzeba go teraz traktować super specjalnie, a już na pewno nie pomoże mu zamartwianie się. Oczywiście było mi przykro, że takiego fajnego chłopczyka los tak ciężko doświadcza. Dzięki pomocy Fundacji Gajusz, która prowadzi hospicjum perinatalne, wszystko to co na czym nam zależało, udało się przeprowadzić. Na kilka tygodni przed porodem doszło do spotkania z ordynatorem szpitalnego oddziału neonatologii podczas, którego obecna była Pani doktor z Hospicjum. Porozumieliśmy się zarówno co do mojej obecności na sali
podczas porodu, jak i co do obecności księdza (współpracującego z Hospicjum), który miał dokonać chrztu z wody zaraz po przyjściu Mieszka na świat. Dziękuję Bogu, że pozwolił nam i naszej najbliższej rodzinie go zobaczyć, że mieliśmy możliwość uroczystego ochrzczenia Mieszka i pożegnania się z Nim. Ten jeden dzień – kiedy był z nami – stał się najwspanialszym w moim dotychczasowym życiu. Żałuję tylko, że trwał tak krótko, ale wierzę że będzie mi dane jeszcze spotkać się z Mieszkiem w miejscu gdzie nie ma chorób i cierpienia. Myślę, że on też o tym wie i spokojnie czeka.

Twój Tato


banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski
banner polski banner polski