|
Dominik, 6 lat. Prawie. Śliczny. Choruje na guza zatok przynosowych. Raczej nie wyzdrowieje. Najbardziej chce dostać rolki i spotkać zespół Ich Troje.
Sierpień 2002 roku
Pan Paweł kupił rolki i ochraniacze. Dominik szaleje po korytarzu oddziału onkologicznego. Jeździ roześmiany w kasku. Jest zdrowy i szczęśliwy. Wszystkie dzieciaki mu zazdroszczą rolek i pana Pawła.
Wrzesień 2002 roku
Mama Dominika przywiozła go na badania bo spuchła mu buzia. Nawrót choroby. To koniec? Odwożę go do domu. Mówi mi, że ma znów guza i zmiany w płucach, dodaje: jak tak jest, to nas już nie daje się wyleczyć. Nie wiem co powiedzieć. Głaszczę go po rączce. Dzwonię do menadżera Ich Troje. Zgadza się. Dominik znów uszczęśliwiony, ale wygląda coraz gorzej.
20 października 2002 roku
Urodziny z Michałem Wiśniewskim. Jestem zmęczona, od roku nie oglądam telewizji - nie kojarzę Michała Wiśniewskiego - pytam menadżerki zespołu jak ich poznam na parkingu, dowiaduję się o czerwonych włosach i jestem spokojna.
Dominik jest bohaterem całego szpitala. Jemy tort palcami bo nie kupiłam łyżeczek, szeleszczą papiery od prezentów. Spełnione marzenie?
Listopad 2002 roku
Mamy jechać pożegnać się z Dominikiem. Dzwoni telefon, że jednak nie do domu, ponieważ chłopiec czuje się tak źle i jest przerażony, że woli być w szpitalu. Spotykamy się w izbie przyjęć. Jest ze mną dwudziestoletni Kuba, przyjaciel Dominika, wolontariusz naszej Fundacji. Nie możemy się odezwać. Nie widzieliśmy go od trzech tygodni. Guz urósł tak, że wypełnia całą szerokootwartą buzię, prawie zupełnie blokuje drogi oddechowe. Domiś w panice walczy o każdy oddech, ale nie chce założyć maski tlenowej, pielęgniarka dyskretnie kieruje rurkę z tlenem w stronę buzi chłopca. Przenosimy się wszyscy na OIOM. Lekarka informuje nas, że chłopcu pozostało najwyżej kilka godzin i zaraz poda leki, po których mały zaśnie i nie będzie się tak męczył. Myślę, że zaśnie i teraz trzeba się pożegnać. Rodzice są wykończeni, od dawna nic nie jedli. Wychodzę po coś do jedzenia i colę. Czuję podłą ulgę mogąc uciec stamtąd na chwilę. Wracam po godzinie. Dominik i cała masa rurek, tlen, monitory.
Pielęgniarka próbuje założyć mu pampersa; chłopczyk budzi się i zrywa go z siebie krzycząc, że jest przecież już duży. Nie mogę nawet płakać. Tak nie powinny umierać dzieci. Modlę się po raz pierwszy od dawna. Błagam o szybki koniec. Około północy muszę wracać do domu. Z rodzicami zostaje pielęgniarka z hospicjum. Zabieram Kubę. Wiemy, że chłopczyk już się nie obudzi. Po powrocie odwożę opiekunkę moich dzieci, nie rozmawiamy ze sobą. Potem krążę po cichym, bezpiecznym mieszkaniu słuchając spokojnego sapania moich śpiących dzieci. Dziękuję za ich zdrowie. Mam tak wiele. Dziękuję. Kładę się i dopiero wtedy mogę płakać. Nie próbuję zasnąć. Leżę wpatrując się w ekran nokii. Czekam na smsa. 5:30. Pika telefon. Nawet nie czytam. Wiem. Patrzę w ciemność. A światłość wiekuista...
|