| Dopóki jest czas |
|
Strona 1 z 7
Tisa, Aneta i Amira nie chodzą do pracy. Są w niej bez przerwy, bo choć wybierały inne zawody, ta praca zmieniła wszystko. Studia, plany, ambicje okazały się nieważne. Spotkały się w hospicjum dla dzieci - ich życiu odtąd stale towarzyszy śmierć. Oswoiły się z nią i uczą tego innych. - Czemu założyłam hospicjum dla dzieci? - mówi Tisa. - Bo się z kimś umówiłam. Ta historia zaczęła się, gdy urodził się Gajusz... Tisa: Układ z Panem BogiemDuża biało-ziel - Gajusz po urodzeniu ważył cztery kilogramy, dostał 10 punktów w skali Apgar. Dziewięć dni później Tisa szykuje walizki - rodzina wybiera się do przyjaciół. Trochę ją niepokoi, że Gajusz długo śpi. Lepiej to sprawdzić. Pakuje synka do zielonej torby-nosidła, jedzie do Łodzi. Pielęgniarka, która go ogląda, dzwoni do lekarza: "Mamy dziecko w ciężkim stanie". - Byłam pewna, że nie o moje dziecko chodzi. Ale wokół Gajusza nagle zaczął się ruch - opowiada Tisa. - Pielęgniarka wskazała na skórę "zaciągającą się" pod żebra przy każdym oddechu. Objaw ostrego zapalenia płuc. Mały trafił na oddział. Zrobili mu prześwietlenie. Związali rączki w przegubach i tak spętanego podwiesili w maszynie. Ktoś kazał mi wyjść, bo przecież promieniowanie... Odmówiłam. Po kilkunastu dniach Tisa wróciła z dzieckiem do domu. W Wigilię synek dostał 40-stopniowej gorączki. Coś jest nie tak z jego odpornością. Znowu szpital i seria badań. Święta na oddziale. Tisa jest zdziwiona, że do półtorarocznej dziewczynki leżącej w sali obok nie przyszli rodzice. Dowiaduje się, że Paulinka jest z domu dziecka. Dużo płacze. Tylko w chwilach, gdy morfina pozwala jej zapomnieć o bólu, potrafi się śmiać. Kilka dni później umiera na białaczkę. Tisa jeszcze nie wie, że ta samotna mała stanie się w jej życiu bardzo ważna. Ty mnie, ja tobieLekarz ogląda wyniki badań Gajusza. Diagnoza: "Agranulocytoza, podejrzenie choroby rozrostowej". - Chciałam wierzyć, że nie chodzi o raka - wspomina Tisa. - Szpitale w Łodzi, w Warszawie. Orzeczenie: konieczna transplantacja szpiku kostnego. Wtedy nie robiono przeszczepów od dawcy niespokrewnionego. Zbadano Tisę, jej męża, rodzeństwo Gajusza - brak zgodności. Alternatywą była kuracja nowym lekiem, który u małych dzieci może wywołać skutek uboczny w postaci... innego nowotworu.
|
| Wpisany przez Agnieszka Litorowicz-Siegert (Twój STYL) |
| wtorek, 20 kwietnia 2010 16:28 |






ona torba-nosidło. Tisa pamięta ją dokładnie. Pierwszy raz zaniosła w niej Gajusza do izby przyjęć, potem nosiła go w niej od szpitala do szpitala. - Syn urodził się, gdy miałam już dwoje dzieci - wspomina. - Pięcioletnią Basię i dwa lata młodszego Julka. Byłam szczęśliwa. Mieszkaliśmy z mężem na wsi pod Łodzią, w ogrodzie drzewa brzoskwiniowe. Właśnie myślałam o powrocie do pracy - mam dyplom filmoznawcy - gdy dowiedziałam się o trzeciej ciąży. Nie byłam zachwycona - Tisa kręci głową.
