| Małgosia x 50 lub Walentynki 2005 |
|
Małgosia została objęta opieką naszego hospicjum 14 lutego. W Walentynki. Miała przeżyć kilka dni, może dwa tygodnie. Była w fatalnym stanie psychicznym, wystraszona, z trudem radząca sobie z informacją, że leczenie zostało zakończone. Ja pamiętam głównie odprawy medyczne. Co zrobić z jej okiem, które wyschło i może wypaść. W końcu problem rozwiązał się sam. Niebieskie oko zamieniło się w coś co przypominało łuskę karpia wigilijnego. Małgosia nie chcąc tego oglądać w lustrze zażyczyła sobie na stałe opatrunek. W drugim, bardzo ładnym oku był strach. Dopóki mogła robiła zdjęcia wymarzonym aparatem cyfrowym. Udało się zrealizować wszystkie jej marzenia: była przez dwa dni w Częstochowie, na Jasnej Górze, wpadła do Galerii Łódzkiej, w jej domu odbywały się msze ze śpiewami przy gitarze. Tylko wizyta w Galerii zakończyła się w moim pokoju, na kanapie, z kroplówką zawieszoną na wieszaku z Mikomaxu. Wszyskie drobiazgi, które dostawała bardzo ją cieszyły. Zawsze podczas wizyt były przy jej łóżku. Chciała pokazać, że są dla niej ważne: płyty, miśki, książki, że my jesteśmy potrzebni. Lekarz i pielęgniarka, którzy się nią zajmowali byli w jakiś szczególny sposób przez Małgosię wybrani. Podczas długiego pobytu w szpitalu dziewczynka nie nawiązała, mimo starań wielu osób, z nikim głębszego kontaktu. Milczała, zdawkowo odpowiadając na pytania. W Hospicjum okazywała wielkie przywiązanie, zaufanie i autentyczną przyjaźń. Tym trudniejsze były ostatnie tygodnie, jej strach, że się udusi. Uzasadniony. Brak możliwości zapewnienia jej, że to się nie zdarzy. Kiedy była pytana czy przyjechać, zawsze martwiła się czy z tego powodu nie będzie czekało jakieś inne dziecko. Spicimierz, 70 km od Łodzi. Edyta i Łukasz byli u Małgosi około 50 razy, czasem wiele godzin, w nocy. Praca hospicjum polega czasem tylko na obecności, nie opuszczaniu dziecka w jego strachu i cierpieniu. Edyta, pielęgniarka, bardzo młoda i wrażliwa. Łukasz dwudziestosześcioletni lekarz. Ładni, młodzi, radośni. Mówią, że dużo dają tym dzieciom, ale zwrotnie otrzymują wielokrotnie więcej. Małgosia i jej miśki, Spicimierz w Boże Ciało, cały w dywanach kwietnych. Czwartek z Małgośką. Potem niedziela, herbata, ciasto, cały dzień z Małgosią. Poniedziałek cały z Małgonią. Czule. Wtorek też kiepsko. Środa, Dzień Dziecka, Małgosia czuje się dużo lepiej, rozmawia, zaprasza przyjaciółkę, Edyta wysyła smsy do jej znajomych, jest z nią do wieczora. Rano, w czwartek telefon od mamy. Małgosia źle oddycha, jest nieprzytomna. Znowu zbyt szybka jazda, po kiepskich drogach. W oczach Łukasza widzę napięcie, ale nie strach. Małgosia umarła w czwartek, 2 czerwca o godzinie 13. Nie udusiła się, nie cierpiała. Mama wyjęła z szafy piękną, białą suknię ślubną i welon. Dla swojej prawie siedemnastoletniej córki. Małgosia była jedną z naszych pierwszych pacjentek. Walentynki. Miłość, która w tej pracy znaczy wszystko. Już się nie boimy. Cenimy życie, które mamy, pamiętając, że jest kruche, piękne i bardzo cenne. Jak porcelana. Napisałam to dzisiaj, żeby było mi łatwiej. Taki rytuał. Pożegnanie. Tak wygląda nie tylko nasza praca, ale także życie. Osobiste. Z komórką pod poduszką. Szybko, żeby zdążyć. Nieprzespane nocy, łzy, żale. W rytmie dzieci, które mają mało czasu na to żeby przeżyć całe swoje życie. Najpiękniej jak się uda. To tylko jedna historia. Pod opieką Hospicjum jest w tej chwili trzynaścioro dzieci - trzynaście opowieści. |
| Wpisany przez Tisa |
| czwartek, 02 czerwca 2005 00:00 |






