|
Strona 1 z 7
Zza drzwi wygląda 9-letni Łukasz, który jest zakochany w Titanicu. Marzy o modelu do sklejania. 5-letni Tomek długo się zastanawia. Wstydzi się trochę. Kiedy pytamy, o czym marzy, chowa się za spódnicą mamy
Szóstka na pierwszym piętrze, czyli oddział onkohematologii szpitala przy ul. Spornej. Leży tam prawie 30 dzieci w wieku od 3 do 18 lat. Chorują na białaczkę lub inne nowotwory. Ich życie jest zagrożone. Kiedy odwiedzają ich wolontariusze, dzieci malują, rysują i uczą się śpiewać. - Ale większość z nich wymaga ścisłej izolacji i nie może tego robić - mówi Tisa Żawrocka, prezes fundacji "Gajusz", która kilka dni temu poprosiła mnie o pomoc w realizacji niecodziennego pomysłu. - Życie tych dzieci wypełnia strach przed śmiercią lub oczekiwanie na zastrzyk. To, że chcą być zdrowe, jest oczywiste, ale mają też prawo do innych marzeń. Chcemy je w miarę możliwości spełniać. Poszukujemy ludzi, którzy mogliby kupić dziecku jakiś prezent, czy zabrać je gdzieś ze sobą. Nie chcemy, żeby darczyńca był anonimowy. Jeżeli ktoś będzie chciał coś podarować, to skontaktujemy go z jednym z małych pacjentów.
Prezes "Gajusza" nie musiała nas długo przekonywać do swojego pomysłu. O zdanie zapytaliśmy dyrekcję i lekarzy szpitala. Profesor Jerzy Stańczyk, dyrektor placówki, zgodził się na przeprowadzenie akcji. - Te dzieci nie mają łatwego dzieciństwa, bo kto chciałby siedzieć w szpitalu - powiedział profesor. - Popieram każde działanie, które wywoła uśmiech na twarzy dziecka.
Podobnie myśli Małgorzata Stolarska, ordynator oddziału. - Dobrze, że ktoś myśli o naszych dzieciach. W przypadki niektórych niewiele da się zrobić. Ale można je przynajmniej podnieść na duchu i rozweselić. Kilkoro dzieci od dawna nie było w domu. Mieszkają daleko od Łodzi, a ich rodziców nie stać na dojazdy. A co dopiero mówić o kupnie zabawek czy roweru.
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 Następna > Ostatnie >>
|