|
Założycielka i prezes Fundacji "Gajusz" Tisa Żawrocka dostała Order Uśmiechu. - Bo nie zapomniała, jak to jest być dzieckiem - stwierdził Radek, jeden z jej podopiecznych.
To wyjątkowe odznaczenie, które przyznają dzieci. I to one były świadkami ceremonii, podczas której Tisa obiecała, że zawsze będzie pogodna i przyniesie im radość - po czym z uśmiechem wypiła puchar kwaśnego soku cytrynowego. Uroczystość zbiegła się z dziesięcioleciem fundacji, która powstała w niecodziennych okolicznościach. Kiedy Tisa urodziła syna Gajusza, po kilku dniach stwierdzono u niego ciężką chorobę. Zrozpaczona matka prawie nie opuszczała szpitala. I wtedy zauważyła, jak wiele dzieci cierpi, a rodzice są bezradni. Obiecała sobie, że jeśli Gajusz wyzdrowieje, zorganizuje dla nich pomoc. Tak się stało. Dziś Gajusz jest tryskającym zdrowiem dzieckiem, a odpowiednio przeszkoleni wolontariusze fundacji opiekują się małymi pacjentami na oddziale onkohematologii i intensywnej terapii w szpitalu im. Marii Konopnickiej.
Przez kolejne lata działania w szpitalu było coraz bardziej oczywiste, że potrzebne jest stworzenie hospicjum. Bo kiedy medycyna nie może pomóc, konieczna jest opieka nad dzieckiem w domu. Hospicjum powstało trzy lata temu. Daje nadzieję i konkretną pomoc medyczną. Rodzice przez całą dobę mogą wezwać lekarza, pielęgniarkę, psychologa, pracownika socjalnego, a nawet księdza. Każde dziecko ma na stałe przydzielonego swojego wolontariusza. Personel podaje środki uśmierzające ból i zmniejszające niepokój, podtrzymuje na duchu, organizuje miłe niespodzianki, a nawet wycieczki - jeśli stan dziecka na to pozwala. Poprzez dotyk, uśmiech, czułe słowa, wspólne śpiewanie piosenek wielokrotnie udaje się rozładować ciężką atmosferę, zmniejszyć strach i cierpienie.
- Te dzieci nie skaczą przez kałuże, ale potrafią się cieszyć i śmiać. Pozostało im mało czasu. Dlatego próbują w kilka miesięcy intensywnie przeżyć życie, które mają - mówi Tisa. - A my za wszelką cenę staramy się pracować w tym rytmie, by spełnić ich oczekiwania i marzenia.
Ta praca od całego zespołu wymaga szczególnej odporności psychicznej i samodyscypliny. Nie wystarczy lubić dzieci, trzeba dobrze rozumieć ich potrzeby i oczekiwania.
Tisa: - To jest praca, w której nie można wyłączyć komórki i powiedzieć "do widzenia". Muszę być dobrze zorganizowana. Uważam, że i tak mam w życiu szczęście. Kiedyś Gajusz się przeziębił. Lekarka przywiozła podręczny inhalator. Zobaczyłam syna w maseczce od inhalatora i stanęło mi serce. Wiele dzieci, przy których śmierci byłam, miało takie same maseczki. Widziałam ich twarze i rozpacz rodziców. Przecież to ja mogłam tak płakać. Więc jednak jestem szczęściarzem.
|