| Pokój marzeniami malowany |
|
Propozycja padła nieoczekiwanie, z zaskoczenia. Pytanie nie zostało bez odpowiedzi, udzielonej w równie zawrotnym tempie. I tak oto zaistniał w świecie rzeczywistym całkiem na serio pomysł na wymalowanie pokoju pięcioletniego Dawidka. Doborowa ekipa dobrała się nadspodziewanie szybko. Pojechaliśmy w czwórkę. Ela jako kierowca - doskonale odnalazła się w swojej roli bladym świtem, przedzierając się przez zaspy, śnieżyce, wichury i zamiecie bezpiecznie dowiozła nas do Wielunia. O rozbieżnościach co do znajomości trasy dyskutowaliśmy na podstawie przeglądanych map ze stojaków na stacji benzynowej. Już na miejscu uśmiechem, ciastem i gorącą herbatą przywitał nas tata Dawida. Słodkości zmotywowały nas do pracy. Jedynie Adam, niesamowity pasjonat samochodów, całkowicie zignorował jedzenie i od razu przystąpił do pracy. Mnóstwo zabawy dostarczyło odkrywanie puszek, rozlewanie farb i pigmentów - nie tylko do słoików. Tworzenie nowych kolorów, nauka nazw. Przy tym ostatnim szczególnie kreatywna była Ania, która jest wielka - chociaż jak sama mówi niewiele wyższa niż jej prywatne jelito grube w pełnej rozciągłości. Przyszła pani doktor utrzymująca, że jeśli chodzi o sztukę, potrafiłaby, co najwyżej, zszyć artystycznie ranę. W międzyczasie przywitaliśmy się z Dawidkiem. Spotkanie dodało energii i przywołało w tym dniu zimowym. W czasie kiedy Adam tworzył główne dzieło, powstawały inne malunki. Wesoły autobus zaistniał dzięki wspólnym wysiłkom. Króliki buszujące w trawie przysporzyły wielu emocji. Podobnie jak łąka. Podczas kiedy plastycy produkowali się przy skomplikowanych motywach, Ela ze skupieniem i zaangażowaniem malowała motyle, maki i tulipany, a Ania z niesłychanym entuzjazmem i powagą godną mistrzów podjęła się wymalowania trawy. Takie podejście inspirowało bardziej niż obiadowa pizza. Po zakończeniu pracy, zdrapując resztki farby z łokci, z zaskoczeniem oglądaliśmy upaćkane na różne kolory skarpetki, tudzież inne części ciała i garderoby. Po sesji fotograficznej pożegnaliśmy się z rodziną. Do Łodzi wracaliśmy w nastrojach nieco bardziej sennych. Wyjątkowo nikt nie palił się nawet do śpiewania. Tym bardziej dziękujemy Eli. Dziękujemy również Magdzie, która późnym wieczorem wytrwale czekała na zdanie samochodu. Czasem cud istnienia objawia się w postaci dziecka i uśmiechniętych ze wzruszenia oczach mamy. Dla mnie cały ten wyjazd to kolejne niesamowite wydarzenie i pretekst pozwalający poprzez wspólną pracę zawierać otwarte i najpiękniejsze relacje międzyludzkie. Takie, które zdecydowanie wykraczają poza granice obowiązku, nie mieszcząc się w ciasno ustalonych ramach. Dziękuję za wkład i wsparcie wszystkim, którzy maczali palce w całym przedsięwzięciu.
Poza Ewą sprawcami tego pięknego prezentu były także Ela Chroboczek i Ania Witkowska, a Dziewczynom także wolontaryjnie pomagał Adam - student ASP. Zrealizowano dzięki dotacji w ramach PO FIO "Klub Wolontariusza".
|
| Wpisany przez Magdalena Czekała |
| poniedziałek, 13 grudnia 2010 21:44 |







Kilka dni trwały przygotowania do sobotniego wydarzenia: projekty, wspólny wybór najlepszego, potem kupno kolorowych farb. Pobudka wczesnym rankiem, powrót późną nocą. Efekt zachwycający. A jak to wszystko było, opowie Wam Ewa:
